Ma 5 lat i jest pełnym życia chłopcem. Walczył z chorobą i wygrał?.
Historia Piotrusia ma szczęśliwe zakończenie, ale mogło skończyć się tragicznie. Zaczęło się niewinnie, gdy miał niespełna dwa lata, kiedy zaczął dziwnie oszczędzać prawą rękę podczas codziennych czynności i zabawy. Wyglądało tak jakby coś go bolało. Nie sygnalizował jednak bólu. Rodzicom nasunęła się myśl, że dziecko nadwyrężyło lub zwichnęło rękę. Dlatego udali się z nim na prześwietlenie, które nie wykazało żadnych zmian. Jednak chłopiec nie zmienił swojego zachowania. W związku z tym rodzice postanowili skonsultować się z lekarzami w Lublinie. Pamiętam jak dziś – wspomina Dorota – pojechaliśmy na Chodźki, lekarz zrobił prześwietlenie. Piotrek darł się w niebogłosy. Wracałam z kliszą i cieszyłam się, bo z opisu nie wynikało żadne złamanie. Z głupio zadowoloną miną weszłam do gabinetu, bo w sumie dziecku nic nie jest. Ale lekarz popatrzył na kliszę i zrobił się bardzo poważny. Proszę państwa, dziecko ma guza pod łopatką. To poważna sprawa?Wiadomość ta była straszna dla rodziców Piotrusia. Dziecko musiało pozostać w szpitalu, ponieważ należało w trybie natychmiastowym wykonać serię badań, by zdiagnozować rodzaj guza i jego właściwości. Tata został z maluchem w szpitalu, a mama pojechała po ubrania. Wiedziała, co to jest guz, ale jeszcze wtedy nie wiedziała wszystkiego. A dalej było już tylko gorzej. Wyniki były jednoznaczne: mięsak Ewinga ? złośliwy nowotwór kości. Jak czuli się wtedy rodzice? Dowiedzieli się, że jego dziecko jest nieuleczalnie chore? W takiej sytuacji można rozpaczliwie trzymać się nadziei. Jeśli jeszcze jest miejsce na jakąkolwiek nadzieję. Potem była chemioterapia i kolejne, operacja usunięcia łopatki. Szpital w Lublinie zamieniony został na szpital w Warszawie i walka o życie dla kogoś, kto przecież tego życia poznał tak mało. W wyniku choroby Piotruś zbladł, miał sińce pod oczami, stracił włosy i przerażał swoim wyglądem. Był wycieńczony kolejnymi chemiami i potwornie słaby.
Jak się okazało – Piotruś wygrał wyścig z czasem. Operacja i chemioterapie przyniosły oczekiwany skutek. Pomimo tego, że zdiagnozowany jako złośliwy, guz się nie odnowił, a maluch zaczął wracać do zdrowia. Matka chłopca dziś myśli, że to żywiołowy charakter uratował Piotrusia. Może mocą modlitwy, która towarzyszyła im przez cały czas, może uporu malucha, który postanowił poznać życie, może lekarskich umiejętności i specyfiki tego akurat przypadku. Spełniło się, ale to nie oznacza, że się zakończyło. Co trzy miesiące Piotruś przechodzi serię specjalistycznych badań. Wypadają pomyślnie.
?? Wiesz, w sumie żyję na bombie zegarowej. Każda wizyta w Warszawie, to taki poziom adrenaliny, że trudno to sobie wyobrazić. Znałam już dzieci, które wyszły z nowotworów, a potem coś się odezwało. Coś, co teoretycznie nie miało prawa. Czy ich rodzice walczyli mniej? Nie sądzę. Spotykam ich na kolejnych badaniach. A niektórych już nie spotykam?ale pomimo tego, co tak boli, w najtrudniejszych chwilach człowiek nawet nie wie, jak wielką wolę walki w sobie nosi. I jak bardzo świat wartości może ulec przeobrażeniu. Dziś denerwuję się tym, że moje dziecko nie ma ochoty ubierać się do przedszkola. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak fajnie mieć takie problemy – odpowiada Dorota, matka Piotrusia Okazuje się, że życie na krawędzi uczy pokory i wiary w cuda.
Jeżeli masz dziecko niepełnosprawne, potrzebujesz pomocy lub informacji ? zgłoś się do Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom ?Niech się serce obudzi? im. Jana Pawła II ul. Kosmonautów 1, tel. 509 688 422.
Justyna W.


