W dziale | Wywiady

Trudna misja Brata Marcina

Opublikowany 12.01.2012

Puste kościoły to coś, co mnie zszokowało w Belgii najbardziej. Są zamieniane na kawiarnie, restauracje – powiedział nam brat Marcin Derdziuk, który od roku pracuje w jednym z belgijskich miast – w Antwerpii.

Na misję do Kościoła Zachodnioeuropejskiego brat Marcin wyjechał z Lubartowa ponad rok temu. Od 2008 roku posługiwał jako kapłan w klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów w Lubartowie i dzięki temu stał się osobą bliską wielu ludziom w naszym mieście. Pracował we wspólnocie oazowej, był współzałożycielem Stowarzyszenia Alwernia. Teraz niesie pomoc w odnowie Kościoła w Belgii, kraju różnych kultur, wyznań i nacji. W styczniu odwiedził Lubartów, znajomych, rodzinę. Znalazł też czas na rozmowę z nami.

Jak jest w Antwerpii?
– To ładne miasto. Ale Lubartów też jest piękny. Kiedy przyjechałem do Lubartowa, nawet
nie przypuszczałem, że będzie tutaj tak dobrze się mieszkało. Wspaniale mi się pracowało w naszym klasztorze (spotkałem bardzo dobrych braci), w szkole, w grupach młodzieżowych, którym posługiwałem i w stowarzyszeniu Alwernia.

I dlatego wyjechał Brat do Antwerpii…
– Wyjechałem z powodu miłości do Kościoła. Brakuje księży, braci, nasz zakon tu umiera. Stąd motywacja, żeby wspomóc misję. My, jako zakon, jesteśmy podzieleni na prowincje, a zakon jest podzielony na braci. I funkcjonuje coś takiego, jak solidarność personalna. Polega na tym, że Zarząd Zakonu w Rzymie informuje, gdzie są jakieś braki w Europie, czy na świecie. Wtedy prosi o pomoc. Dziś akurat kraje Europy Zachodniej są w sytuacji kryzysowej, więc nasz przełożony, generał z Rzymu, poprosił o pomoc tam. Skierował prośbę do braci Prowincji Warszawskiej o udział w misji. Myślę, że to misja często trudniejsza niż ta w Afryce. Pojechaliśmy pomóc w życiu duszpasterskim i podtrzymaniu obecności Zakonu w Belgii. Czyli to taka budowa Kościoła. Współpraca z ludźmi, którzy mają często negatywne skojarzenia z Kościołem.

Nie ma czego odbudowywać? Trzeba budować od początku?
– Na pewno można odbudowywać, bo wiara istnieje. Są ludzie wierzący, ale wiarę mają bardzo osłabioną. Mają świadomość, że Bóg istnieje, ale Kościół jest tam kojarzony z bogactwem, pewną majętnością, z nadużyciami seksualnymi wobec nieletnich. Z instytucją, która wyrządziła wiele krzywd. Ludzie w pewnym momencie powiedzieli: dobrze, Boga uznajemy za stwórcę, ale Kościoła nie akceptujemy i możemy sobie bez księży poradzić. Drugi aspekt problemów Kościoła jest związany z Soborem watykańskim II. Został wówczas ogłoszony taki termin – „aggiornamento” – czyli odnowa Kościoła, uaktualnienie. Kościół był bardzo rygorystyczny, funkcjonował system nakazów i zakazów. Ludzie do kościoła chodzili, bo się bali księży, byli przymuszeni. Przez to, że proboszczowie mieli wpływ na władzę świecką, na urzędy, gdzie ludzie pracowali. Zmiana zaczęła następować, kiedy Sobór ogłosił, że jesteśmy wolnymi ludźmi, że Bóg kocha wszystkich jednakowo. Księża mieli stanąć nie tylko przy ołtarzu, ale być pośród ludzi. No ale księża stali się skrajnie luźni. Zapanowała totalna wolność.

Konkretnie w samej Antwerpii?
– Ogólnie we Flandrii. Tak się zaczęło dziać w całym Kościele zachodnim. We Francji, w Niemczech. Wdarł się relatywizm i doszło do pewnego kryzysu. Kiedy się negowało to, co jest ważne. Na przykład celibat. Zaczęto stawiać żądania wobec święceń kobiet. Zaczęto odchodzić od niektórych sakramentów Kościoła. Na przykład sakrament Spowiedzi Świętej według prawa to indywidualna spowiedź i rozgrzeszenie. Tam została często zamieniona na Absolucję Ogólną. Czyli kapłan rozgrzesza wszystkich obecnych w kościele. I to jest nadużycie. Dlatego nasza misja polega tam na tym, żeby uzdrawiać te rzeczy i budować nowe wspólnoty Kościoła. Bo ludzie odchodzą od Ewangelii, próbują budować życie sami według swoich schematów i to doprowadza do katastrofy. W Belgii jest mnóstwo rozwodów…

Podobno też wysoki jest odsetek samobójstw?
– Nie pamiętam dokładnie jaki, ale jeden z najwyższych w Europie, bije wszelkie statystyki. Bo człowiek tam nie potrafi cierpieć. Jeżeli jest cierpienie, to oznacza tragedię.

Co robicie, żeby to zmienić?
– Mieszkając w wielkim mieście – 500 tys. mieszkańców – nasza ewangelizacja polega na tym, żeby prowadzić życie zakonne według naszych ślubów: w ubóstwie, czystości i posłuszeństwie, pośród świata, który żyje innymi wartościami. To jest nasza misja franciszkowa, żeby pokazać, że można inaczej, że Ewangelia jest najlepszym scenariuszem życia. To, że chodzę w habicie. To, że modlimy się każdego dnia, odmawiamy brewiarz za Kościół w Belgii, sprawujemy Eucharystię, błogosławimy ludzi.

Jak młodzi ludzie reagują na człowieka w habicie?
– Reagują pozytywnie na obecność braci zakonnych. Mimo, że media zachodnie „promują” kościół jako organizację złą. Ale młodzi, z którymi rozmawiam, szanują nas, mimo że sami żyją inaczej.

Bo dajecie świadectwo inne niż media podają…
– Nasze życie jest trochę inne od ,,tego świata”, chociaż lubimy chodzić do lokalnych kafejek i frytturń (belgijska restauracja). Jeżeli żyjesz według jakichś zasad, ludzie szanują to. Myślę, że duchowni tutaj zdjęli sutanny i habity po to, aby być bliżej ludzi. Czasami stroje duchowne były wykorzystywane do ,,budowania autorytetu”.

Zdjęli sutanny, żeby byli bardziej akceptowani?
– To była idea, która pokazała, że nie zawsze pewne intencje kończą się dobrze. Rezygnacja z sutanny nie spowodowała wcale tego, że księża stali się bliżsi ludziom. Do tego doszła jeszcze kwestia liturgii. Księża chcąc być „na topie”, czasami zamieniają czytania biblijne na bajki, na przykład o „Małym Księciu”. Ale okazało się, że ludziom myślącym to nie zaimponowało, chodzą do kościołów tam, gdzie jest konkret, prawdziwe, piękne Celebracje.

Kościół w Belgii podzielił się na ten prawdziwy i na ten „wyzwolony”?
Może inaczej – była grupa księży, która chciała wprowadzić tę reformę watykańską i zbyt luźno ją zinterpretowała. Teraz, aby przywrócić rzeczy do porządku, trzeba solidnej pracy i nade wszystko wierności Rzymowi. To jest najbardziej bolesne, że tam niektórzy księża nie są czasami do końca posłuszni papieżowi. Tworzą własne struktury kościoła Flamandzkiego. Poza tym, księża we Flandrii starzeją się, umierają i trzeba, aby coś nowego się narodziło. Jest nadzieja.

Jaka jest średnia wieku księży?
– Około 78 lat.

Dojrzali ludzie tak się dali relatywizmowi?
– Dla mnie osobiście to jest taki dowód: coś nie działa, nie daje owoców, czyli źle pracuje, coś jest nie tak. Skoro kościół jest, ale ludzie do niego nie przychodzą, nie ma powołań, to znaczy że Bóg nie błogosławi temu kościołowi.

Słyszałam, że kościoły we Flandrii są zamieniane na miejsca rozrywek…
– Dzieje się to, co kiedyś działo się w Starożytnym Rzymie. Ludzie oddawali pokłon różnym bożkom. I w Europie Zachodniej jest to samo. Jezusa Chrystusa się oddala, bo nie pasuje. Można to zinterpretować w ten sposób: ludzie Boga odrzucają, sami skazując się na zagładę. Jest takie pojęcie teologiczne „gniewu Bożego”. A takie moje spostrzeżenie: Bóg pozwala człowiekowi od siebie odejść, ale człowiek sam sobie nie poradzi. Bo każdy z nas jest grzesznikiem i potrzebuje Bożego Miłosierdzia. A człowiek, który nie chce z Niego korzystać, pozwala, aby grzechy go zabiły. Bóg pozwala, aby ludzie ponosili konsekwencje swoich grzechów. I to widać.

Ludzie dają sygnały, że was potrzebują?
– Niektórzy po prostu dziękują. Kiedyś w tramwaju podszedł do mnie młody człowiek, Hiszpan. Powiedział, że pierwszy raz widzi zakonnika w habicie, prosił o modlitwę. Podziękował, że jesteśmy. Ludzie odczuwają potrzebę Boga, bo już zachłysnęli się techniką. To już nie sprawia radości. Nasze życie polega też na tym, żeby pokazać, że Jezus istnieje, że Bóg jest Ojcem, który kocha. W każdy piątek jest w naszym kościele Adoracja Eucharystyczna. Ludzie mogą przyjść i się pomodlić.

Dużo osób przychodzi do was na mszę w niedzielę?
– Około 50 osób łącznie. Mamy dwie msze. Belgia to zlepek kultur, narodowości. My, będąc zakonnikami, nie posiadamy parafii, nasz kościół rektoralny zawsze jest otwarty. Jesteśmy po prostu Zakonem Braci Mniejszych Kapucynów. Nasza zasada jest taka, że nie klasyfikujemy ludzi na gorszych i lepszych, wierzących i niewierzących. Trzeba ludzi kochać i dawać świadectwo przede wszystkim życiem. A później dopiero słowem. Dlatego my tych ludzi, którzy przychodzą do kościoła – odwiedzamy, budujemy przyjaźnie. Wierzę że zbudujemy tu wspólnotę chrześcijan.

A kim są ci ludzie?
– Można się doszukać różnych zawodów. Są sprzątaczki i profesorowie uniwersytetu, są
wszyscy. Przychodzi do nas młody człowiek, profesor z Hiszpanii. Jest nieżonaty, złożył ślub czystości, uczy teologii. Dla mnie to taki żywy znak obecności Jezusa. To, że ktoś poświęcił swoje życie Bogu. Przychodzi do nas też trochę Polaków, którzy mają swoje duszpasterstwo, swojego księdza, któremu my pomagamy. Oni także u nas się spowiadają. Wiara tam jest obecna, chociaż nie tak jak w Polsce.

Sakramenty w Belgii są ogólnodostępne? Czy jest problem z prośbą o spowiedź?
– To, co martwi, to właśnie odejście od indywidualnej spowiedzi. Ojciec Patryk spowiada przez cały dzień. Jest dzwonek przy konfesjonale. Spowiadamy też Polaków mieszkających w Antwerpii i okolicach. Przed świętami spowiadamy czasami po 6 godzin dziennie. Pobyt tam nauczył mnie szacunku do ludzi. Jeśli tam, w Belgii, ktoś przychodzi na Mszę, to tym ludziom trzeba po prostu ręce całować. Bo to jest wielki skarb dla Kościoła, świadkowie.

Jak wygląda wasz zwykły dzień?
– Mieszkamy w klasztorze, przy którym jest kościół. Tak jak tu, w Lubartowie. Rano idziemy do naszej kaplicy na modlitwę. Potem jest medytacja. A później udajemy się do kościoła na Eucharystię. To jest jeden z nielicznych kościołów w Antwerpii, gdzie jest msza codzienna.

Pod jakim wezwaniem jest ten kościół?
– Świętego Franciszka z Asyżu. Po mszy świętej idziemy na śniadanie. Potem do pracy. Póki co uczymy się jeszcze języka niderlandzkiego, angielskiego. Chodzimy do szkół językowych. Po tej nauce idziemy na wspólny obiad w zakonie. Po południu zajęcia, spotkania z ludźmi. A wieczorem modlitwy, nieszpory, medytacja i kolacja. Jeśli chodzi o pracę wśród ludzi, staram się dotrzeć do młodych. Poznaję ich, a oni mnie zapoznają ze swoim światem, ze światem Belgów.

Uda się odbudować Kościół w Belgii?
– Pamiętajmy, że głową Kościoła jest Jezus, to jest Jego Kościół. Europa Zachodnia to teren nadziei, gdzie Ewangelii nie udało się zabić. Po rewolucji francuskiej zapowiadano koniec kościoła. Palono świątynie, mordowano księży. Potem wybudowano kilkaset kościołów w samej Flandrii. Źdźbło Ewangelii przebija wszelkie mury. Kościoła nie da się zabić. Choć ma problemy, z którymi musi sobie radzić. To jest walka poważna, walka o wszystko. Byliśmy niedawno z prowincjałem u biskupa diecezji Antwerpii. Powiedział nam, że modli się, a naszej obecności pobłogosławił. Cieszy się z tego, że jesteśmy.

Ilu was tam jest, braci zakonnych?
– Jedenastu w klasztorze, w tym trzech z Polski, z Prowincji Warszawskiej. Tworzymy wspólnotę międzynarodową. Bardzo wspaniali i kochający Kościół miejscowi bracia mają na koncie ponad 100 lat misji w Kongo. Założyli też misję w Kanadzie, w Pakistanie. Kochani ludzie, którzy są już dziadkami, zrobili kawał dobrej roboty… A nam współczują teraz (uśmiech).

Teraz sami potrzebują pomocy…
– Tak. Jest pewna ciekawa historia. Po II wojnie światowej nasi polscy klerycy byli aresztowani, przewiezieni do różnych obozów. A większość z nich do obozu w Dachau. I po tych około 6 latach obozu w Dachau zostali wyzwoleni przez armię amerykańską.
Wygłodzeni, schorowani, nie mieli gdzie wracać. Zaprosili ich do siebie właśnie Kapucyni z Belgii, objęli opieką, dali święcenia, umożliwili studia. Potem ci bracia wrócili do Polski, do pracy tutaj. A teraz, kiedy umarł ostatni z tych polskich braci, my pojechaliśmy tam, do Belgii.

Jaki był największy szok po przyjeździe do Antwerpii?
– Puste kościoły to coś, co mnie zszokowało w Belgii najbardziej. Kościoły zamieniane na kawiarnie, restauracje. A to, co mnie zaciekawiło, to rola ludzi świeckich w kościele. Organizują się na wysokim poziomie. Robią akcje pomocy dla biednych na całym świecie, festyny parafialne. Mają wyczucie, że trzeba pomagać. Sami księża starają się żyć skromnie, nie unoszą się. Czegoś takiego w Polsce mi brakuje, bo tutaj zdarza się, że rada parafialna jest fikcyjna, ksiądz ustala wszystko sam. A tam nie. Tam się docenia świeckich. Oni naprawdę pracują.

Czyli w kościele belgijskim nie do końca wszystko jest takie złe…
– Pewne błędy nie wynikały ze złej woli. Ci ludzie chcieli dobra, ale wyszło różnie. Jak widać, Pan Bóg sobie z tym poradził. Duchowni umierają, ale w ich miejsce pojawili się nowi i wszystko żyje. Do Belgii przyjeżdżają Polacy, ludzie z Ameryki Łacińskiej, Afryki. Są może biedni, ale jaką mają wiarę!: Jest wielki czwartek. Pan Jezus wystawiony do adoracji, a kościół pusty, Belgów nie ma. Wtedy ci młodzi cudzoziemcy przychodzą, klękają, modlą się. Czyli Pan Bóg wiarę podtrzymuje. A Belgów zawstydza.

Macie wyznaczony czas na swoją misję?
– Nie. Na ile Duch Święty pozwoli. My zostajemy w Antwerpii i tam będzie już nasz dom. Będziemy tworzyć struktury pracy. Na takiej zasadzie jak tu w Polsce, w Lubartowie – praca z ludźmi, z młodzieżą. Belgijski kościół jest wspaniały, ale potrzebuje teraz pomocy. Patrzę na niego z wielką nadzieją. Proszę o modlitwę.

Rozmawiała: Aleksandra Jędryszka

Autor:

<- zobacz inne artykuły tego autora (3929).


Skontaktuj się z autorem

Komentarze do artykułu (5)

  1. endy:

    Marcin wracaj do Lubartowa. tu też ludzie zepsuci

  2. hah:

    „endy:
    12.01.2012 o 18:43

    Marcin wracaj do Lubartowa. tu też ludzie zepsuci”

    Dobrze powiedziane… dlaczego księża (bracia) którzy coś robią i ludzie ich lubią, są awansowani 🙂 Ks. Arek to był również gość

  3. up@up:

    Taki los. Gdzie dobrze, tam Bóg musi posłać – tam gdzie niedobrze przestawi, taki los księdza. Jest wysłannikiem. Ci co grzać miejsce będą – będą potępieni, ci co wędrówkę obiorą za Jego Słowem popłyną… za Mędrca Słowem. Pozdrawiam

  4. up@up:

    Taki los. Gdzie dobrze, tam Bóg musi posłać – tam gdzie niedobrze przestawi, taki los księdza. Jest wysłannikiem. Ci co grzać miejsce będą – będą potępieni, ci co wędrówkę obiorą za Jego Słowem popłyną… za Mędrca Słowem.

  5. KZ:

    A tak wygląda kościół wewnątrz w Berchem/Antwerpia gdzie msze są odprawiane po polsku.

    http://www.studiovr.pl/spacery_wirtualne/Sint_Theresia/

    Pozdrawiam KZ

Pozostaw opinię

Musisz być zalogowany/a, aby móc komentować.