W dziale | Fakty

„Ich losy były dramatyczne”

Opublikowany 05.03.2013

– Odnaleziono na warszawskiej „Łączce” ofiary ubeckie. Zakopano je pod płotem, żeby nikt nie mógł postawić świeczki na grobie. Ale to nie były metody polskie – mówił w Lubartowie dr Piotr Gawryszczak, podczas Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Kim byli „Wyklęci”? Odpowiadamy we fragmentach wykładu historyka.

Armia Krajowa wyrosła z połączenia wielu ugrupowań politycznych, wielu sił, które wówczas funkcjonowały. Bataliony Chłopskie, jako siła zbrojna Stronnictwa Ludowego, Narodowa Organizacja Wojskowa – siła zbrojna Stronnictwa Narodowego, czy też Związek Walki Zbrojnej, jako armia podziemna zbudowana jeszcze we wrześniu 1939 r. Mówi się, że pod koniec wojny AK liczyła 300 tys. ludzi. Początkowo jej celem w okupowanych przez Niemców i sowietów kraju, było powstanie w momencie najbardziej do tego sprzyjającym. Plan ten zmienił się, powstał plan „Burza”, który zakładał, że w momencie, kiedy Sowieci będą wkraczali na tereny polskie, bijąc Niemców, AK będzie występowała zbrojnie przeciwko Niemcom i będzie ujawniała swoje struktury terenowe, czyli delegaturę rządu na kraj. I tak się działo do sierpnia 1944 roku.

Na Lubelszczyźnie akcja Burza

rozpoczęła się tak naprawdę tutaj, w Lubartowie. Trwała ok. 10 dni. Liczbę struktur płk Jasiński z inspektoratu lubelskiego AK, w skład którego wchodził obwód Lubartów, szacuje w swoim raporcie po akcji Burza na 4 tysiące ludzi, którzy mogli być zmobilizowani w każdej chwili do udziału w akcji zbrojnej. W Lubartowie w czerwcu 1944 roku pojawiła się silna jednostka podziemnej armii polskiej. Walczyła najdłużej spośród wszystkich jednostek w Polsce, bo blisko pół roku. Przeszła 600 km szlaku bojowego. Była to jednostka, którą określono 27 Wołyńską Dywizją Piechoty Armii Krajowej. Rozpoczęła walki w lutym- marcu 1944 roku. Została zmobilizowana głównie do obrony ludności polskiej na Wołyniu, która była mordowana przez ukraińską, powstańczą armię. Ale oczywiście także do walki z Niemcami. W momencie kiedy sowieci doszli do Kowna, wówczas nawet 27 WDP AK weszła w kontakt z sowietami, wspólnie walczyli przeciwko Niemcom, front na kilka miesięcy cofnął się i w związku z tym 27-ma, jako zmobilizowana jednostka, została odcięta od dostaw amunicji, od całego zaplecza ze strony sowietów. Znalazła się w okrążeniu, dotarła na Lubelszczyznę w czerwcu, w liczbie 3,5-4 tys. pod dowództwem Jana Szatowskiego pseud. Kowal. Ta jednostka rozpoczęła akcję Burza na Lubelszczyźnie. Doprowadziła do tego, że z miejscowymi jednostkami wyzwolony został Lubartów, Kock, Kamionka, szereg miejscowości w powiecie lubartowskim. Ujawnił się w tym czasie delegat rządu na powiat lubartowski, ale pojawili się także sowieci oraz jednostki Armii Ludowej. 27 WDP AK zgrupowała się w Skrobowie. 25 lipca dywizja została przez sowietów otoczona i rozbrojona. Pozostałe oddziały otrzymały rozkaz rozformowania się i powrotu na swoje macierzyste tereny.

To jest właśnie ten dramat, że żołnierze, którzy walczyli z Niemcami od samego początku, wtedy kiedy nadarzała się okazja z sojusznikiem bić dalej Niemców, zostali pozbawieni broni, bardzo często też wolności.

Wielu żołnierzy zostało aresztowanych, zabitych, nawet spośród tych, którzy w Skrobowie zostali przez sowietów internowani. Wielu z nich znalazło się na Majdanku. Jeszcze dymiły kominy krematoriów, czuć było rozkładające się zwłoki ofiar Niemców, a w tych samych barakach pojawili się „chłopcy z lasu”, polskie wojsko, które tutaj walczyło z Niemcami. To ci najwcześniej zaznali tego „raju” sowieckiego. Wielu z nich w sierpniu 1944 roku, a później w wielkich wywózkach, w październiku, trafiło do obozu w Borowiczach między Petersburgiem a Moskwą. Trafiło tam ok. 6 tys. żołnierzy z terenów Lubelszczyzny, Podlasia, Rzeszowa. Część z nich spoczywa na tamtejszym cmentarzu. Legły w gruzach marzenia o wolnej Polsce, o walce z Niemcami. Trzeba było dokonać wyboru. I tu posłużę się dwoma przykładami:

Hieronim Dekutowski, pseud. Zapora,

cichociemny, ur. w 1918 r. Był szefem kierownictwa dywersji powiatów lubelskiego i puławskiego. Stworzył 200-osobową grupę partyzantów, która w okresie jego dowodzenia wykonała ok. 80 akcji przeciwko Niemcom, a zliczając pozostałe oddziały, którymi dowodził, to było 120 akcji. W momencie kiedy zakończyła się akcja Burza, wybuchło powstanie i pojawił się apel do żołnierzy o pomoc stolicy walczącej, Zapora zebrał swoich żołnierzy i ruszył na pomoc Warszawie. Wisły nie przekroczył, musiał swój oddział rozformować i powrócił na Lubelszczyznę. Liczył na to, że się ukryje. Wyjechał do Tarnobrzega, gdzie mieszkała jego rodzina. Był poszukiwany. Jego żołnierze byli wsadzani do więzienia, mordowani. Jedno z takich morderstw odbyło się w lutym 1945 roku w Chodlu, gdzie zginęło 4 żołnierzy. Wracali do domu, ale byli ścigani przez milicję, ubecję, NKWD. Ukryli się. Zostali wezwani przez tamtejszego szefa UB, który im wiele zawdzięczał, ponieważ jako Żyd, podczas wojny znalazł ocalenie przed Niemcami właśnie dzięki żołnierzom Zapory. Po wojnie został szefem Urzędu Bezpieczeństwa właśnie w Chodlu. Oni mu zawierzyli, że nic im się nie stanie. Po czym sam własnoręcznie ich czterech zastrzelił. Po tym wydarzeniu Zapora znów stanął na czele żołnierzy. Jego oddział był liczniejszy niż za Niemca. Miał ok. 300 żołnierzy, a współpracowników pewnie kilka tysięcy spośród ludzi z szeregu miejscowości, którzy przyjmowali jego oddział na kwatery, służyli jako „słuch i oczy”. Chciał wycofać się z walki, ale był zmuszony wrócić do podziemia.

Zdzisław Broński, pseud. Uskok, rocznik 1912

Innym przykładem wyboru, był wybór Uskoka, który w lipcu 1944 r. wrócił do rodziny. Milicja o niego dopytywała. W czasie wojny był tutaj znany, w związku z tym od razu świadomie zebrał kilku swoich żołnierzy, którzy nie mogli się ujawnić, bo zostaliby albo rozstrzelani, albo wywiezieni. O tym pisał w swoim pamiętniku wydanym przez IPN. „Zbiorowo będziemy mogli się bronić. Pojedynczo będziemy wyłapywani jak rude myszy”. Być może to, że od początku nie wierzył komunistom, prowadził tą walkę aż do maja 1944 r. Pięć lat od wkroczenia tutaj sowietów, walczył jeszcze z komunistami.

Zdzisław Broński to przykład człowieka, który do końca zdawał się być wolny. W 1939 r. rozpoczął walkę na czele patrolu partyzanckiego. Miał kontakt z 27 WDP AK, której służył jako znający teren. Zginął z bronią w ręku, albo inaczej – z granatem pod głową, który rozerwał w maju 1949 r., pod Kijanami, gdzie miał swoją kryjówkę u Państwa Lisowskich. Tam się ukrywał i tam zginął zdradzony, ale do końca wolny, bo nie przeżył takiego cierpienia, jakie przeżył Dekutowski – Zapora i szereg innych wziętych do niewoli przez komunistów żołnierzy podziemia, „Żołnierzy Wyklętych”. Mógł się poddać obławie, ale pewnie i tak skończyłby tak samo, jak inni. Został zdradzony przez swojego żołnierza, który tak jak inni w 1947 r. ujawnił się. Komuniści przekonali go do tego, że powinien z nimi współpracować. Doprowadził on do aresztowania najbliższego współpracownika Uskoka, Babinicza. Pani Lisowska wspominała, jak doszło do obławy na kryjówkę Uskoka, u nich w gospodarstwie. Przyprowadzili ze sobą Babinicza, który miał czarne, spuchnięte od bicia nogi – taka metoda wyciągania zeznań. Po dwóch dniach nie mógł znieść cierpień, nie był człowiekiem z żelaza. Zdradą było to, co zrobił Kasperek, który doniósł na Babinicza i tak ubecy dotarli do Brońskiego. (…)

Działające w podziemiu Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość

od początku zakładało, że będzie prowadziło podziemną akcję propagandową. Zakładano, że oddziały z lasów wyjdą, że żołnierze, którzy walczyli z komunistami, będą mogli wrócić do domu. Tak się niestety nie stało. Trzeba także wiedzieć, że z narodowych sił zbrojnych, z odłamu narodowego podziemia wyrosła po wojnie organizacja, która nosiła nazwę Narodowe Zjednoczenie Wojskowe. Jeśli mówimy o Żołnierzach Wyklętych, to musimy pamiętać, że to nie tylko zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, ale to także żołnierze NZW. Losy ludzi, którzy podjęli walkę w 1944 r. na Lubelszczyźnie, czy w 1945 r. za Wisłą, były dramatyczne. Major Zapora po sfałszowanych wyborach do sejmu w 1947 r., po ogłoszonej w lutym amnestii, czyli możliwości wyjścia z lasu żołnierzy, dał im wolną rękę. Kto nie chciał dalej walczyć, mógł się ujawnić. Sam z grupą 8-osobową próbował przedostać się na Zachód, aby mieć możliwość przeżycia. Dotarli do Nysy, skąd dalej mieli przedostać się przez granicę. 16 września 1947 r. zostali aresztowani. Po śledztwie długotrwałym 7 marca 1949 r., major Hieronim Dekutowski Zapora oraz 6 jego podkomendnych, zostało zamordowanych w więzieniu w Warszawie. Zapora, który poszedł na wojnę w 1939 r. , mając 21 lat, walczył do roku 1947, żył do roku 1949. 10 lat służąc Polsce. Już w czasie śledztwa wyglądał jak starzec, miał siwe włosy, wybite zęby, powyrywane paznokcie, połamane żebra. Pomimo tego, nie chciał się poddać do końca. Chciał uciec z więzienia na krótko przed śmiercią. Został zdradzony przez współwięźnia, kryminalistę.

 

To nie były metody Polskie

Niedawno na warszawskiej „Łączce” odnaleziono w Warszawie ofiary ubeckie. Być może jest tam pochowany Dekutowski. Zakopano ich pod płotem, żeby nikt nie mógł postawić świeczki na  grobie. Ale to nie były metody polskie. Niedawno przeżywaliśmy 150 rocznicę powstania styczniowego. Ostatni powstaniec styczniowy ks. Stanisław Brzóska zginął powieszony na rynku w Sokołowie Podlaskim w 1865 r.Do dziś nie wiemy, gdzie jest jego grób. To takie azjatyckie metody, rosyjskie, zabić człowieka, zabić pamięć o nim i wrzucić do dołu, aby ślad po nim zaginął. My musimy dziś pamiętać.

 Na podstawie wykładu dr Piotra Gawryszczaka

Not.: (J.A.)

 

 

 

 

 

 

 

Autor:

<- zobacz inne artykuły tego autora (918).


Skontaktuj się z autorem

Pozostaw opinię

Musisz być zalogowany/a, aby móc komentować.