Archiwum wydań | "muzeum kina Lewart"

Muzeum Kina Lewart z niezwykłym eksponatem

Wydanie:


„Magazyn filmowo – telewizyjny” z 1974 r” to nowy nabytek  Muzeum Kina Lewart, które działa w Lubartowskim Ośrodku Kultury. Można je zwiedzać w godzinach pracy placówki zupełnie za darmo.
–  Dzięki uprzejmości pani Agnieszki Guz eksponaty w naszym Muzeum powiększyły się.  Przekazała nam wyjątkowy egzemplarz, dzięki któremu przeniesiemy się do czasów kina sprzed pół wieku – mówi Adam Kościańczuk, dyrektor LOK i pomysłodawca powstania ekspozycji.
W spisie treści „Magazynu filmowo – telewizyjnego” z 1974 r” znajdziemy m.in takie takie rozdziały jak – „Życie rzeczy na ekranie”, „Z kroniki skandali”, „Kasowy rekord roku”, „Zwierzęta na ekranie”.
Muzeum Kina Lewart powstało pod koniec maja 2021 roku. Sercem ekspozycji, która znajduje się tuż przed salą kinową jest stary projektor AP-5 – służący do projekcji na taśmie 35 mm. Sprzęt został wyprodukowany w latach 50 XX wieku przez Łódzkie Zakłady Kinotechniczne.

Wybierając się na seans przy okazji dowiemy się jaka była historia kina analogowego w naszym mieście. Znajdziemy tu oryginalne taśmy z metryką filmu, dokumenty, fotografie, plakaty, wycinki prasowe, szyldy czy wspomnienia byłych pracowników.

Wśród eksponatów jest też taśma Polskiej Kroniki Filmowej, stary głośnik, czy sklejarka, która służyła do sklejania kopii taśm. Są też unikatowe fotografie starego budynku Hali Targowej czy wnętrza sali kinowej z lat 50.

Muzeum można zwiedzać w godzinach pracy placówki zupełnie za darmo.

(kw)

Muzeum Kina Lewart otwarte. To jedyne takie miejsce w tej części Polski

Wydanie:


Był tort, koncert muzyki filmowej i zwiedzanie z przewodnikiem. Muzeum Kina Lewart, które powstało z inicjatywy Lubartowskiego Ośrodka Kultury oficjalnie otwarto 29 maja. Wstęgę przecięła Urszula Jakóbiec – żona wieloletniego  kierownika kina, burmistrz Krzysztof Paśnik oraz Piotr Kozak – były kinooperator, który pracował w tym kinie 30 lat.

To jedyne takie miejsce w tej części Polski – mówi Adam Kościańczuk, dyrektor LOK.- Tworząc Muzeum Kina Lewart chcieliśmy uratować od zapomnienia historię tego miejsca i ludzi z nim związanych. Jedna opowieść była początkiem kolejnej, jedno zdjęcie potrafiło obudzić masę wspomnień, a zabytkowe urządzenia – przygody z nimi związane – dodaje.

Sercem ekspozycji, która znajduje się tuż przed salą kinową jest stary projektor AP-5 – służący do projekcji na taśmie 35 mm. Sprzęt został wyprodukowany w latach 50 XX wieku przez Łódzkie Zakłady Kinotechniczne.
Wybierając się na seans przy okazji dowiemy się jaka była historia kina analogowego w naszym mieście. Znajdziemy tu oryginalne taśmy z metryką filmu, dokumenty, fotografie, plakaty, wycinki prasowe, szyldy czy wspomnienia byłych pracowników.

Wśród eksponatów jest też taśma Polskiej Kroniki Filmowej, stary głośnik, czy sklejarka, która służyła do sklejania kopii taśm. Są też unikatowe fotografie starego budynku Hali Targowej czy wnętrza sali kinowej z lat 50.

Muzeum przypomina ważne wydarzenia w historii lubartowskiego kina. Wśród nich przegląd polskich filmów z 1997 roku, kiedy to „na żywo” gościliśmy Krystynę Jandę, czy Wojciecha Malajkata.

Kino „Lewart” w Lubartowie istnieje od czasów międzywojennych. Po wojnie było własnością różnych firm: Okręgowego Przedsiębiorstwa Rozpowszechniania Filmów i lubelskiej „Estrady”, znajdowało się również w rękach prywatnych.

Muzeum można zwiedzać od najbliższego poniedziałku 31 maja, w dni powszednie w godz.8-16, bilety darmowe.

z prawej – Urszula Jakóbiec (żona Jacka Jakubca, wieloletniego kierownika kina Lewart), od lewej Dagny Jakubiec (córka Jacka Jakóbca)

Piotr Kozak: ”Zawsze miałem w sercu kino”

Wydanie: ,


 29 maja Lubartowski Ośrodek Kultury w swojej siedzibie otwiera Muzeum Kina Lewart. Wśród eksponatów oprócz zabytkowych projektorów znajdziemy fotografie, plakaty, wycinki prasowe, szyldy, stare taśmy czy wspomnienia byłych pracowników. Wśród nich wspomnienia wieloletniego kinooperatora Piotra Kozaka, który poznał to miejsce od podszewki.

Bardzo przyjemnie było patrzeć przez okienko projektorki, jak była pełna sala ludzi. Śmietanka lubartowska, bo tak nazywałem młodzież z naszego miasta – siedziała na podłodze, tak było tłoczno – wspomina czasy sprzed ery kaset wideo Piotr Kozak. O lubartowskim kinie Pan Piotr może opowiadać godzinami, a powstanie Muzeum Lubartowskiego Kina to spełnienie jego marzeń. Marzeń o tym, aby pamięć o analogowym kinie w Lubartowie nie zaginęła.

Ile lat pracował Pan tu jako kinooperator?

Piotr Kozak: W sumie to 34 lata. Swoją pracę jako kinooperator zacząłem w kinie objazdowym w 1965 roku, mając 18 lat, które podlegało kierownikowi kina w Lubartowie. Pierwszy seans był w szkole w Łucce. A do kina do kabiny trafiłem w 1968 roku. Wtedy pracowało nas trzech – Ryszard Zagajski, Wojtek Jaglewicz i ja. W Kinie Lewart pracowałem do 1993 roku, następnie po przerwie wróciłem w 2007 roku i tak przepracowałem do 2014 roku, kiedy to kino zostało poddane renowacji i zdemontowano starą aparaturę. Pamiętam osoby, z którymi pracowałem, był to między innymi Roman Guz, przyuczałem też do zawodu Krzysztofa Bronisza.

Co Pan czuje widząc po latach te piękne odrestaurowane projektory. Zachowały się one chyba całkiem dobrze?

Piotr Kozak: Tak, zachowały się całkiem nieźle dzięki nam. Dobrze konserwowaliśmy je. Trochę mi jednak żal, że te aparaty od razu nie pozostały w tej kabinie, żeby służyć dla potomnych, aby wiedzieli jak to wszystko wyglądało kiedyś.

Czy na początku Pana pracy kino było w rękach samorządu miejskiego?

Piotr Kozak: Nie, dopiero nastąpiło to w 1990 roku. Wtedy kinem zarządzał Lubartowski Ośrodek Kultury z dyrektorem Pawłem Tregerem na czele. Później kino przejęła Estrada Lublin, a następnie trafiło w prywatne ręce Jerzego Kosika, a później znów w ręce samorządu. Kierownikiem został Jacek Jakubiec, który od razu wziął się za jego remont. Z Jackiem zacząłem prace od 2007 roku do 2014.

Pamięta Pan tytuł pierwszego i ostatniego wyświetlonego przez Pana filmu? Ile filmów przeszło w sumie przez Pana ręce?

Piotr Kozak: Niestety nie pamiętam ani ostatniego, ani pierwszego tytułu. Ale w przybliżeniu mogłem wyświetlić ponad 100 tys. seansów.

Jak wyglądało wtedy nasze kino jeśli chodzi o wnętrze? Pamięta Pan jakieś szczegóły?

Piotr Kozak: Zewnętrzny wygląd budynku był w opłakanym stanie. Szyby na wysokości budynku były wybite i zabite od środka dyktą. Krzesła na widowni były drewniane, a na sali widowiskowej były piece opalane węglem. Krzeseł było 235, podłoga była ropowana, a wyjście z sali widowiskowej było obok ekranu. Z biegiem lat kino sukcesywnie przechodziło remont. Wymieniono podłogi, zlikwidowano piece, wymieniono krzesła na tapicerowane, okna zamurowano i odnowiono budynek na zewnątrz. Ekran był zasłonięty kurtyną automatyczną, widownia miała przyciemniane światła, a wszystko było sterowane z kabiny. Całe kino było w boazerii dębowej wykonanej przez stolarnię z Michowa. Akustyka była niesamowita, gdy przyjeżdżały różne zespoły nie trzeba było nagłośnienia.

Porównując do dzisiejszej technologii kinowej kiedyś było znacznie trudniej. Potrzeba było dużo cierpliwości i wyczucia. Jakie przeszkolenie musiał Pan przejść, aby być na tym stanowisku?

Piotr Kozak: Aby móc wyświetlać filmy, musiałem przejść przeszkolenie i zdać kursy oraz egzaminy od III kategorii do I. Pierwsza kategoria była najwyższym uprawnieniem. Na kinooperatorze spoczywała odpowiedzialność za zniszczenie filmu. Mi to na szczęście się nie zdarzyło. Na pewno moja praca była trudna i odpowiedzialna i nie ma porównania do dzisiejszej technologii. Jako kinooperator mogłem zastąpić pozostałych na stanowisku, natomiast kinooperatora nie mógł zastąpić ani kierownik, ani dyrektor, ani nikt inny. Człowiek uczy się całe życie, by wypełniać powierzone mu stanowisko.

Czy często zdarzały się awarie podczas seansu? Obiła mi się o uszy historia o zamienionych szpulkach…

Piotr Kozak: Awarie nie były częste, jednak jak to w życiu bywa nic nie jest doskonałe. Każdy film posiadał metrykę i tam było napisane, która taśma ma jakieś usterki i stopień zużycia. Od tego był kinooperator, aby wszystkie taśmy były numerowane, Chyba że, nie miał czasu sprawdzić. Bo czasami zdarzało się, że dostawało się film i od razu trzeba było grać. Poza tym czasami, gdy zerwał się film robione były sklejki. Każda sklejka powinna przejść 300 razy, ale praktyka była inna. No i mówiło się trudno… Widz potupał trochę, dalej się założyło, przewinęło trochę i leciało dalej. Później się skleiło…

Lata 90 – te to czas rozkwitu naszego kina, czy wprost przeciwnie?
Piotr Kozak: W latach  90- tych zaczęła się moda na filmowe kasety wideo. Jednak dobre filmy zawsze były najpierw w kinach. Kino przeżywało swój rozkwit w latach 60 – tych do 90 – tych, kiedy nie była tak powszechna telewizja. Lubartowianie rodzinami przychodzili do kina, nawet po trzy, cztery razy na ten sam film. Kolejki po bilety były ogromne, trzeba było stać nawet 2-3 godziny. Bilety były w cenie 5-7 zł, później 9 -12 zł. Uzależnione to było od rzędu.

Pamięta Pan jakieś stare tytuły, za sprawą których kino pękało w szwach?

Piotr Kozak: Kino pękało w szwach, gdy była era westernów. Popularnością cieszyły się też filmy wojenne, melodramaty i komedie. Mogę wymienić takie tytuły jak: „Winnetou”, „Złoto MacKenny”, „Dirty Dancing”. Dzieci przychodziły na poranki w niedzielę na „Bolka i Lolka na Dzikim Zachodzie”, czy „Wilka i Zająca”. Bardzo przyjemnie było patrzeć przez okienko projektorki jak była pełna sala ludzi. Śmietanka lubartowska, bo tak nazywałem młodzież z naszego miasta siedziała na podłodze, tak było tłoczno. Warto też wspomnieć, że każdy film rozpoczynał się od Polskiej Kroniki Filmowej. Byli tacy, którzy przychodzili tylko na kronikę. Mieliśmy jednego widza, który zawsze siedział na swoim ulubionym miejscu w 18 rzędzie. Nazywał się Zygfryd Miduch.

W wywiadzie w „Lubartowiaku” z lat 90- tych czytałam, że lubartowskie kino miało najlepszy, najnowszej generacji ekran, którego mógł pozazdrościć Lublin, Zamość czy Chełm…

Piotr Kozak: Tak, lubartowskie kino miało najlepszy ekran w województwie lubelskim, dzięki jego kierownikowi Jackowi Jakubcowi. Zadbał on też o odnowę sali kinowej oraz poczekalni.

Łezka się w oku kręci, że nie ma go już wśród nas. Zmarł niecały rok po tym, jak odszedł na emeryturę. Jak Pan Go wspomina?

Piotr Kozak: Bardzo dobrze go wspominam, zawsze się dogadywaliśmy.

Jak Pan zareagował na informację o zamiarze utworzenia przez LOK Muzeum Kina Lewart?

To było spełnienie moich marzeń. Jestem bardzo wdzięczny dyrekcji LOK, że spełniła moje oczekiwanie. Cieszę się, że tego doczekałem.

Jakie pamiątki Panu pozostały?

Piotr Kozak: Mam legitymacje, dyplomy, trochę fotografii, migawkę, rolki do aparatu, bieżnie…

Rozmawiała Katarzyna Wójcik

VLUU L100, M100 / Samsung L100, M100

Powstaje Muzeum Kina Lewart. Pamiątki poszukiwane

Wydanie: ,


Stary projektor kinowy otrzymał drugie życie i ozdobił wejście do lubartowskiego kina. – Tak narodził się pomysł, aby stworzyć Muzeum Kina Lewart – mówi Adam Kościańczuk, dyrektor LOK, pomysłodawca tej inicjatywy. W tym celu placówka szuka kinowych pamiątek – zdjęć, plakatów, biletów czy wspomnień.


– Charakterystyczny, głośny, ale przyjemny terkot pracujących projektorów nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym – wspomina działanie analogowego sprzętu Bartosz Gorzel, były pracownik lubartowskiego kina.

Jeden z tych projektorów odnaleźli pracownicy Lubartowskiego Ośrodka Kultury. To urządzenie AP-5 – służące do projekcji na taśmie 35 mm, produkowane w latach 50. XX wieku przez Łódzkie Zakłady Kinotechniczne.

– Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ten cenny sprzęt pomyślałem, że nie może niszczeć i wpadłem na pomysł, aby odrestaurowany projektor ozdobił wejście do kina. Konserwacją zajęła się ekipa z LOK. To połączenie tradycji z nowoczesnością. Myślę, że zaciekawi nie tylko dzieci, ale i dorosłych którzy wychowali się na filmach emitowanych przez taki projektor – mówi Adam Kościańczuk, dyrektor LOK.

– Mamy też prawdziwą perełkę – oryginalną taśmę wraz z metryką filmu: „Ballada o królewiczu zwanym Baryłką” (rok prod. 81′) – dodaje.

W poniedziałek 12 kwietnia wyczyszczony i zmontowany projektor znalazł swoje honorowe miejsce przed salą kinową. Ale to nie koniec wspomnień związanych z analogowym kinem w Lubartowie.
– Historia tego urządzenia tak nas zainspirowała i zaciekawiła, że idziemy krok dalej. Rozpoczynamy tworzenie Muzeum Kina Lewart – zapowiada dyrektor Kościańczuk.
Placówka rozpoczyna akcję #naszekinolewart. W tym celu poszukuje zdjęć, plakatów, biletów, zaproszeń, wspomnień. Wszyscy chętni, którzy chcą się przyczynić do tworzenia tego dzieła placówka prosi o kontakt pod numerem telefonu. 81 855 22 42.

Historię wyświetlania filmów na 35 milimetrach taśmy doskonale pamięta Bartosz Gorzel, były pracownik Lubartowskiego Ośrodka Kultury.
– Praca z aparaturą analogową wymagała przede wszystkim cierpliwości i odrobiny wyczucia. Do kina trafiały filmy w kilku częściach. Były to kilkunastominutowe fragmenty nagrane na taśmach, które w trakcie seansu należało wymieniać i naprzemiennie wyświetlać. Dlatego też – co dla wielu osób może być zaskoczeniem – w pomieszczeniu projekcyjnym znajdowały się dwa projektory. – wspomina.
-Kiedy na pierwszym wyświetlana taśma dobiegała do końca należało uruchomić drugi, a tą wykorzystaną wymienić na kolejną. I tak do samego końca filmu. W trakcie pracy aparatura nawijała taśmy w kierunku odwrotnym do wyjściowego, dlatego po zakończonym seansie pamiętać należało o każdorazowym przewinięciu wszystkich taśm na specjalnej przewijarce. W przeciwnym razie kolejne odtworzenie skutkowałoby wyświetleniem filmu wstecz. Przy każdym kolejnym seansie cały proces należało oczywiście powtórzyć. Pamiętajmy, że wszystko odbywało się mechanicznie, dlatego korzystanie z krążących od pewnego czasu po kinach taśm niosło za sobą ryzyko ich przerwania. W takim przypadku należało je skrupulatnie skleić, aby były gotowe do kolejnego odtworzenia – opowiada.
– Charakterystyczny, głośny, ale przyjemny terkot pracujących projektorów nie sposób było pomylić z czymkolwiek innym. Mimo dość dużego hałasu praca na aparaturze analogowej sprawiała sporo przyjemności, a atmosfera, która temu towarzyszyła pozwalała poczuć ducha prawdziwego kina – dodaje.
Jak mówi Bartek Gorzel, dziś projektor jest jeden, a dużą część pracy wykonuje za niego cichy komputer. Wystarczy zgrać na niego film z otrzymanego dysku. Gotową kopię wyświetlać można tak naprawdę po kilku kliknięciach myszą, a fizyczna obecność nośnika nie jest wymagana do kolejnych seansów, o ile sam plik nie zostanie usunięty z komputera. Jedynym ograniczeniem jest klucz dostępowy, który dystrybutor po wcześniejszym ustaleniu z kinem terminu seansu wysyła elektronicznie. Dzięki temu w systemie tworzy się tzw. okienko czasowe, w którym film zostaje odblokowany i gotowy do odtworzenia. To wygoda i przede wszystkim gwarancja wysokiej, bezstratnej jakości obrazu i dźwięku definiuje dzisiejsze kino. Postęp technologiczny narzuca swoje własne warunki, dlatego warto czasem spojrzeć nieco wstecz i poczuć raz jeszcze ten fragment lubartowskiej historii, który niósł rozrywkę mieszkańcom przez kilka dekad.

Katarzyna Wójcik

 

Reklama

facebook

Szybkie linki