„Mam historie do opowiedzenia i one nie mogą zostać we mnie” – rozmowa z Alicją Filipowską
Alicja Filipowska jest nauczycielką języka angielskiego w lubartowskim liceum, a dziś także autorką sześciu powieści. W swoich książkach opowiada o rodzinnych tajemnicach, relacjach, przemocy, stracie i przyjaźni, a inspiracji szuka zarówno w zasłyszanych historiach, jak i w miejscach bliskich jej sercu. W najnowszej powieści „Słodkie kłamstwa” wykorzystała opowieści swoich byłych uczniów, tworząc historię o dorastaniu, miłości i sile przyjaźni. W rozmowie z nami mówi o tym, jak Lubartów trafia na karty jej książek, dlaczego najtrudniejsze były dla niej „Czarne łabędzie”, o zmaganiach z dysleksją i wewnętrznym krytykiem, a także o tym, dlaczego dziś może już powiedzieć: „Czuję się pisarką”.

Powiedziała Pani kiedyś: „Nigdy nie myślałam, że w mojej biblioteczce staną książki napisane moją ręką”. Dziś jest ich już sześć. Czy wciąż zdarza się Pani spojrzeć na własne książki z niedowierzaniem?
Tak, nadal. Ostatnio złapałam się nawet na tym, że poprawia mi to nastrój. Kiedy mam gorszy dzień, siadam w fotelu i patrzę na swoje książki. To podnosi mnie na duchu i przypomina, że jednak jestem wytrwała, że potrafię doprowadzić do końca tak trudne i wymagające przedsięwzięcie, jakim jest napisanie książki. To przecież długofalowy projekt, który wymaga ogromnej ilości czasu, skupienia i samotności. Kiedy patrzę na te książki, wciąż czuję niedowierzanie i myślę o tym, ile czasu poświęciłam, by pobyć z ich bohaterami.
Szósta powieść to już spory dorobek. Czy po każdej kolejnej książce pisze się łatwiej, czy wręcz przeciwnie – z każdą rosną oczekiwania wobec samej siebie?
Niestety mam wewnętrznego krytyka, którego odkryłam, kiedy zaczęłam pisać książki. Na szczęście wiem już, że on istnieje i potrafię go zatrzymać. W maju zaczęłam pisać kolejną powieść. Bardzo długo wokół niej chodziłam – miałam już pomysł, bohaterów i gotowe sceny w głowie. To ciąg dalszy „Szkatułki sekretów”. Musiałam jednak wrócić do głównej bohaterki, żeby jeszcze chwilę z nią pobyć, przypomnieć sobie jej język i charakter.
Kiedy jednak w końcu usiadłam do pisania, pomyślałam: „Jakieś takie miałkie są te sceny. Ja w ogóle nie umiem pisać książek”. Ale teraz już wiem, że to mój wewnętrzny krytyk tak do mnie mówi. Robi to za każdym razem, więc staram się go już w ogóle nie słuchać i po prostu robić swoje. Nie wiem, jak pisze się coraz lepsze książki, ale widzę różnicę, jaka zaszła w ciągu tych trzech lat mojej pracy nad powieściami. Mój warsztat jest zdecydowanie lepszy, zostawiam dużo mniej luk, a moje ostatnie książki mają też znacznie mniej uwag ze strony redaktorki.
Skąd biorą się historie, które trafiają do Pani książek? Czy inspirują Panią prawdziwi ludzie, zasłyszane rozmowy, miejsca, a może najczęściej własna wyobraźnia?
Myślę, że żaden pisarz nie jest w stanie całkowicie odciąć się od własnego życia. Ja bardzo staram się jednak nie pisać bezpośrednio o osobach, które znam. Moi bohaterowie są raczej konglomeratem wielu różnych osób, a zasłyszane historie z pewnością również mają wpływ na to, co później trafia do moich książek.
W powieści, nad którą teraz pracuję, pojawia się dyrektor szkoły w Kamionce. Do stworzenia tej postaci zainspirowała mnie mama mojej przyjaciółki, która chorowała na zaawansowaną chorobę Alzheimera. Pewnego razu siedziała ze mną przy stole i opowiadała o swojej pracy, o tym, jak pracowała w szkole. W pewnym momencie pokazała mi swoje ślubne zdjęcie i powiedziała: „A to jest dyrektor tej szkoły”. Nie pamiętała już wtedy, że mężczyzna ze zdjęcia był jej mężem.
Ta scena bardzo mnie wzruszyła i została ze mną na długo. Kiedy zaczęłam pisać tę powieść, postanowiłam, że jednym z jej bohaterów będzie właśnie dyrektor szkoły. W pewnym sensie nawiązuje to również do „Szkatułki sekretów” – mojej wcześniejszej powieści, w której bohaterka dostaje pracę w szkole.
W jednej z rozmów mówiła Pani, że inspiracją do „Szkatułki sekretów” był „zielony dom”, który stał w Lubartowie. Co sprawiło, że właśnie ten dom nie dawał Pani spokoju i stał się początkiem powieści?
Zdecydował jego niezwykły urok. Kiedy zamieszkałam tutaj, 26 lat temu i poszłam na ul. Krzywe Koło, zobaczyłam stary Lubartów – zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Podobnie było właśnie z tym domem przy ul. Lubelskiej. Z czasem dowiedziałam się, że koleżanka mojej znajomej wychowała się w nim, a jej babcia, właścicielka domu, była bardzo silną osobowością. To wszystko bardzo mnie zaciekawiło.
Chciałam też w tej książce przemycić różne smaczki związane ze starym Lubartowem. „Szkatułka sekretów” rozgrywa się w latach 60, dlatego musiałam zrobić sporo researchu. Oglądałam stare przedmioty, szukałam informacji, zaglądałam w przeszłość. Ten dom stał się dla mnie opowieścią o kilku pokoleniach, które w nim mieszkały. Bardzo chciałam, żeby właśnie w tym miejscu rozegrała się historia mojej powieści.
Dlaczego akurat Kamionka stała się miejscem akcji Pani powieści?
Kamionki właściwie nie znam, przejeżdżałam tylko przez nią. Nie chodziło więc o to, jak to miejsce wygląda, ale o skojarzenie, jakie wywołuje we mnie jego nazwa.
Kamionka kojarzy mi się z domem. W latach 80 moja mama gromadziła różne bibeloty wykonane z kamionki. Dlatego kiedy słyszę słowo „Kamionka”, od razu przywołuje ono we mnie wspomnienie rodzinnego domu. I właśnie dlatego wybrałam tę miejscowość jako tło mojej opowieści.
Czy jest wśród sześciu powieści jest taka, której napisanie było dla Pani szczególnie trudne – nie tylko pod względem pisarskim, ale przede wszystkim emocjonalnym?
Emocjonalnie najbardziej wymagające były dla mnie „Czarne łabędzie”. To książka o dzieciach, przemocy w rodzinie, o dobrej i złej miłości w domu, a także o cenie, którą płacimy za to, z jakiej rodziny pochodzimy – niezależnie od tego, czy jest ona bogata, czy biedna.
Jako nauczycielka bardzo ubolewam nad tym, w jakim stanie psychicznym jest dziś młodzież. Wiem, że to, co obserwujemy, nie dzieje się bez powodu. W tej książce znalazł się też maleńki, bardzo osobisty epizod z mojego życia. Tylko moja kuzynka, która spędzała ze mną wakacje, kiedy byłyśmy młode, od razu wyłapała ten moment. Wiedziała, że dotyka on mojej traumy z dzieciństwa. Dlatego emocjonalnie ta książka była dla mnie najtrudniejsza do napisania i przejścia przez całą tę historię.
Już 11 września do księgarń trafi Pani najnowsza powieść „Słodkie kłamstwa”. To książka o stracie, przemilczeniach i relacjach. Skąd narodził się pomysł na tę historię?
W podziękowaniach do tej książki wymieniłam wielu lubartowian. „Słodkie kłamstwa” w dużej mierze powstały na podstawie opowieści moich byłych uczniów – o ich dorastaniu, początkach dorosłego życia, studiach, pierwszych pracach, relacjach, zawodach i przyjaźniach.
W tej historii jest cała grupa przyjaciół z Lubartowa. Stworzyliśmy nawet grupę na Facebooku, na której opowiadali mi o sobie – o tym, co lubią jeść, czego się boją, jakie mają pasje i marzenia. Za ich zgodą wykorzystałam te historie, tworząc bohaterów i ich losy. Każdy z nich w pewnym sensie zostawił w tej książce cząstkę siebie.
Zależało mi przede wszystkim na pokazaniu, jak ważne są relacje i przyjaźń. Czy mamy do kogo pójść, kiedy w miłości dzieje się źle? Czy mamy obok siebie kogoś, kto nas wysłucha i pomoże nam przejść przez trudne chwile?
Jest Pani nauczycielką języka angielskiego, a jednak napisała Pani już sześć powieści. Czy kiedykolwiek pomyślała Pani, że zostanie pisarką? I czy fakt, że zmaga się Pani z dysleksją i dysortografią, wpływał na Pani podejście do pisania?
Nigdy nie myślałam, że zostanę pisarką. Mam dysleksję, dysortografię i ADHD – to dość wybuchowe połączenie. O tym, że mam te trudności, dowiedziałam się dopiero podczas studiów na anglistyce. W liceum po prostu uważało się, że robię błędy i tyle. To były zupełnie inne czasy.
Gdyby mogła Pani wrócić do siebie sprzed kilkunastu lat – do nauczycielki, która marzyła o napisaniu pierwszej książki – co powiedziałaby jej dziś?
Powiedziałabym jej, żeby się nie bała. Że wszystko, co robimy w życiu, może przynieść rozczarowanie, ale nie zawiedziemy się na sobie, jeśli spróbujemy. Możemy natomiast żałować, że czegoś nie zrobiliśmy, że nie odważyliśmy się spróbować.
Przy okazji odbierania Nagrody Burmistrza mówiłam moim uczniom, że bardzo się z niej cieszę, bo pokazuje, że bez względu na to, ile mamy lat, możemy spełniać swoje marzenia. Czasami potrzeba wielu lat, żeby wyzbyć się własnych barier albo nauczyć się je omijać. W moim przypadku taką barierą była między innymi dysleksja. W końcu powiedziałam sobie: „To nic. Ktoś sprawdzi i poprawi moje błędy. Ja mam historie do opowiedzenia i one nie mogą zostać we mnie”.
Jestem sobie wdzięczna za to, że miałam odwagę spróbować. Dziś czuję się pisarką, a nie tylko osobą, która pisze książki. Pisanie jest tak bardzo częścią mnie, że nawet kiedy mam okienko w szkole, potrafię wyjąć kartkę i zrobić sobie szkic sceny. Nie wierzę w coś takiego jak wena. Wierzę, że pisanie jest kwestią warsztatu, pracy i ćwiczenia. Ja już po prostu jestem pisaniem. Pisanie jest we mnie.
W tym roku otrzymała Pani Nagrodę Burmistrza Miasta Lubartów za działalność kulturalną. Czy odbiera Pani to wyróżnienie również jako docenienie tego, że poprzez swoje książki promuje Pani Lubartów i Ziemię Lubartowską?
Było mi ogromnie miło, bo to dla mnie wielkie wyróżnienie. Patrzyłam na osoby, które razem ze mną stały na scenie i wiedziałam, jak wiele robią dla Lubartowa. Mam świadomość, że moja praca jest samotnicza – zamykam się w pokoju i piszę, podczas gdy te osoby angażują się w różnego rodzaju działania i pomoc innym. To zupełnie inny wymiar pracy na rzecz lokalnej społeczności.
Osoba, która mnie zgłosiła do tej nagrody, zna mnie od czasu, kiedy zamieszkałam w Lubartowie. Pracowałyśmy razem. Powiedziała mi, że jej zdaniem wykonałam ogromną pracę i że ta nagroda po prostu mi się należy, ponieważ promuję Ziemię Lubartowską, piszę piękne książki i dzięki nim o naszym regionie może dowiedzieć się znacznie większe grono osób. To było dla mnie bardzo ważne i wzruszające, że ktoś dostrzegł właśnie tę część mojej pracy.
Rozmawiała: Katarzyna Wójcik
