Pałac Sanguszków z innej perspektywy. Spacer pełen historii i ciekawostek

Dziś jest tu przede wszystkim instytucja publiczna. Trudno więc wyobrazić sobie, że przed wiekami pałac w Lubartowie był tętniącą życiem rezydencją magnacką – z biblioteką, komnatami, archiwum, pawilonami dla służby, własną kuchnią, fosą, po której pływali goście. O historii tego miejsca opowiadano podczas spaceru „Pałac lubartowski i jego właściciele”.

Pałac w Lubartowie jest dobrze znanym elementem miejskiego krajobrazu. Łatwo zapomnieć, jak wiele historii kryją jego mury. Ale wystarczy zatrzymać się na chwilę i posłuchać historii, by zwyczajny dziś budynek zaczął wyglądać zupełnie inaczej.

– Dzisiaj patrzymy na pałac jak na obiekt użyteczności publicznej, urząd. Często zapominamy, jak duża, jak znacząca i bogata była ta rezydencja – mówiła podczas spaceru dr Ewa Sędzimierz, prezes Lubartowskiego Towarzystwa Regionalnego.

To właśnie ona oprowadzała uczestników spotkania po kolejnych rozdziałach historii lubartowskiej rezydencji. Za każdym etapem przebudowy, każdym pomieszczeniem i każdym fragmentem dawnego założenia kryli się ludzie.

Ponad sto lat Sanguszków

Jednym z najważniejszych rozdziałów tej historii jest czas Sanguszków. W XVIII wieku przez ponad sto lat ród należał do najpotężniejszych rodzin magnackich Rzeczypospolitej. Z lubartowską rezydencją związani byli między innymi książę Paweł Karol Sanguszko i jego żona Barbara.

Pałac nie był wówczas jedynie reprezentacyjną siedzibą. Był miejscem życia dworu, spotkań i kontaktów towarzyskich.

Dziś trudno zobaczyć w nim tamten świat. Dawnego układu można jednak szukać w terenie. Fosa, której pozostałości zdradza charakterystyczny spadek terenu, otaczała niegdyś rezydencję. Tak jak dziś woda płynęła także w znajdującym się w pobliżu stawie. Z zachowanych zapisów wiadomo, że goście Barbary Sanguszkowej pływali łódkami, spacerowali i rozmawiali o kulturze, sztuce i literaturze.

Fontana i pałacowa przebudowa

Za przemianami rezydencji stał między innymi Paweł Antoni Fontana, jeden z najważniejszych architektów późnego baroku działających w XVIII wieku na Lubelszczyźnie. W czasach Sanguszków pracował przy rezydencji przez około dwie dekady, nadając jej bardziej reprezentacyjny charakter. Jego dzieło kontynuował później jeden z synów.

Pałac miał być nie tylko piękny, ale również funkcjonalny. Z każdej strony prowadziły do niego wejścia. Wokół znajdowały się pomieszczenia przeznaczone dla służby, a także obiekty związane z funkcjonowaniem dworu i oddziału wojskowego.

Dawny charakter założenia do dziś można odczytać z pozostałości ogrodzenia i bramy prowadzącej do parku. Nie wszystko jednak przetrwało.

W pałacu znajdowały się także biblioteka i archiwum rodu.

„Silva rerum”, czyli ślady gości

O dawnym życiu rezydencji przypomina również niezwykły dokument – „Silva rerum”, rękopiśmienna księga, która pełniła funkcję swoistego pamiętnika i księgi pamiątkowej.

W okresie, gdy rezydencją zarządzała Barbara Sanguszkowa, wpisywali się do niej odwiedzający pałac goście. Pozostawiali ślady swojej obecności w różnych językach, przede wszystkim po francusku – języku chętnie używanym przez ówczesną magnaterię.

Dla współczesnego odbiorcy taka księga jest czymś więcej. Pozwala zajrzeć do świata, którego nie da się już odtworzyć z samej architektury. Pokazuje, że pałac był miejscem spotkań, rozmów, relacji i wymiany myśli. Był częścią życia kulturalnego swoich czasów.

Duch na balkonie

Historia pałacu ma również swój bardziej tajemniczy rozdział.

– Pałac też swoje duchy miał – opowiadała dr Sędzimierz.

W XIX wieku, gdy w rezydencji nikt już na stałe nie urzędował, mieszkańcy mieli dostrzegać światło w pałacowych oknach. Pojawiały się także opowieści o tajemniczej postaci.

Jedna z takich historii została później zapisana we wspomnieniach Wandy Śliwiny.

Z tyłu pałacu znajduje się budynek otoczony żywopłotem. Dawniej mieściła się tam kuchnia pałacowa. W XX wieku budynek został wynajęty na szkołę żeńską. Lubartowskie dziewczynki, wracając do domów, schodziły w dół i przez ulicę Kościuszki wracały do miasta.

Pewnego dnia jedna z nich spojrzała w górę.

Na balkonie pałacu stał niewysoki mężczyzna w surducie i kapeluszu.

Dzieci miały krzyknąć: „Człowieczek z pałacu!”. Zrobił się krzyk, dziewczynki uciekły, a później zaczęły opowiadać, że widziały ducha.

Wyjaśnienie przyszło dopiero po pewnym czasie. Jak wynikało ze wspomnień, tajemniczym „człowieczkiem” był ówczesny  (od października 1924 r.) starosta powiatu lubartowskiego Stefan Mańkowski, który po prostu wizytował pałac.

Duch okazał się urzędnikiem.

Historia, która jest pod ręką

Takich opowieści podczas spaceru było więcej. Dzięki nim pałac przestał być jedynie zabytkowym obiektem. Stał się miejscem, w którym można odnaleźć ślady dawnych mieszkańców, gości, urzędników, uczennic i całych pokoleń Lubartowian.

Najciekawsze w tej historii jest chyba to, że wiele z tych śladów wciąż znajduje się na wyciągnięcie ręki. Fragment dawnego ogrodzenia, brama, układ terenu, pozostałości fosy. Rzeczy, obok których współczesny mieszkaniec miasta może przejść każdego dnia i nie zastanowić się, co właściwie pamiętają.

Spacer „Pałac lubartowski i jego właściciele” był więc nie tylko lekcją lokalnej historii. Był próbą przywrócenia temu miejscu dawnego znaczenia.

Wydarzenie zorganizowało Lubartowskie Towarzystwo Regionalne  z okazji swojego 71 – lecia działalności we współpracy z Punktem Informacji Turystycznej w Lubartowie.

(KW)